Sharenting: "Wiadomość od Elli" i prawdziwe historie
Wersja audio artykułu dostępna na naszym kanale Youtube: Tutaj
W poprzednim artykule na temat sharentingu (który jest dostępny TUTAJ) opisaliśmy zagrożenia związane z publikowaniem wizerunku dzieci w Internecie - od kradzieży tożsamości, przez manipulacje deepfake, aż po cyberprzemoc i wykorzystanie danych w szerszym ekosystemie cyfrowym. Choć wiele z tych zjawisk może wydawać się odległych lub trudnych do wyobrażenia, w praktyce coraz częściej przybierają one bardzo konkretną, osobistą formę.
Jednym z namacalnych przykładów tego, jak realne mogą być konsekwencje publikowania danych dzieci w Internecie, jest kampania „Wiadomość od Elli” przygotowana przez Deutsche Telekom. Zachęcamy do obejrzenia materiału pod TYM LINKIEM.
W tym krótkim materiale wideo, komputerowo wygenerowana Ella mówi do swoich rodziców z ekranu kinowego. Na podstawie tylko jednego zdjęcia twórcy kampanii byli w stanie stworzyć cyfrową postać dziewczynki starszej o kilka lat. Ella zwraca się do swoich rodziców i przedstawia realne konsekwencje publikowania zdjęć i informacji na temat swojego dziecka w mediach społecznościowych. W dobitny sposób pokazuje do czego może doprowadzić z pozoru niewinne dzielenie się chwilami z życia. To, co dla rodziców jest tylko wspomnieniem, w środowisku cyfrowym staje się danymi, które można dowolnie analizować, łączyć i przekształcać. Często w sposób, który nie ma już nic wspólnego z pierwotnym znaczeniem ani intencją ich publikacji.
Warto jednak pamiętać, że to nie jest tylko scenariusz kampanii społecznej.
Według danych przytaczanych w materiałach edukacyjnych i raportach dotyczących sharentingu:
• ponad 80% niemowląt ma już cyfrowy ślad w Internecie jeszcze przed ukończeniem drugiego roku życia
• nawet 75% rodziców publikuje dane swoich dzieci w Internecie,
• znacząca część rodziców nie ogranicza dostępu do tych treści, przez co są one widoczne również dla osób spoza najbliższego kręgu (często ponad 70–80% kontaktów to osoby niespokrewnione lub całkowicie nieznajome).
To oznacza, że ogromna część tych informacji trafia do ludzi, których nie jesteśmy w stanie zweryfikować. A informacje zdobyte w ten sposób mogą zostać wykorzystane do kradzieży tożsamości, śledzenia i profilowania dziecka lub tworzenia deepfakeów. A takie sytuacje zdarzają się naprawdę.
Prawdziwe przypadki ze świata
Deepfake i okup
W 2023 roku w Stanach Zjednoczonych głośno było o historii Jennifer DeStefano, która odebrała telefon i usłyszała płacz swojej 15-letniej córki. Dziewczyna krzyczała, że stało się coś strasznego oraz, że potrzebuje pomocy. Po chwili do rozmowy włączył się mężczyzna i oznajmił, że ją porwał, pierwotnie żądając okupu sięgającego miliona dolarów. Jak relacjonowała później matka, nie miała żadnych wątpliwości, że to jej dziecko. Głos, emocje, sposób mówienia- wszystko się zgadzało. Córka w tym czasie była bezpieczna, a telefon był oszustwem opartym na technologii klonowania głosu z materiałów dostępnych w mediach społecznościowych.
Podobne przypadki pojawiają się coraz częściej. W jednej z historii kobieta z Florydy przekazała 15 tysięcy dolarów po rozmowie z „córką”, która tak naprawdę nigdy do niej nie dzwoniła. Oszuści wykorzystali sztuczną inteligencję, by odtworzyć jej głos na podstawie publicznie dostępnych nagrań.
Od tamtych sytuacji minęło już kilka lat, a rozwój technologii opartych na sztucznej inteligencji znacząco przyspieszył. To, co kiedyś wymagało specjalistycznych narzędzi i wiedzy, dziś jest dostępne niemal dla każdego. Wystarczy krótka próbka głosu oraz podstawowe informacje o relacjach rodzinnych udostępniane online.
Zabawa w adopcję
Jednym z mniej oczywistych, ale dobrze udokumentowanych zjawisk związanych z obecnością dzieci w sieci są tzw. „baby roleplay accounts”. To fałszywe profile tworzone na platformach takich jak Instagram czy TikTok, które wykorzystują zdjęcia realnych dzieci pobrane z kont rodziców.
Mechanizm jest pozornie prosty, ale jego konsekwencje bardzo realne. Publicznie dostępne zdjęcia dzieci publikowane przez rodziców są pobierane przez nieznane osoby i wykorzystywane do tworzenia fałszywych profili. W tych profilach dziecko otrzymuje nowe imię, wiek, charakter, a nawet „historię życia”. Zaczyna funkcjonować jako bohater cudzej narracji, często w ramach tzw. „adoption role-play” (zabawy w adopcję), gdzie inni użytkownicy wchodzą w interakcje z tymi kontami, komentując, opiekując się dzieckiem lub odgrywając relacje rodzinne w komentarzach pod postami.
W jednym z opisanych przez portal Fast Company przypadków matka z Karoliny Północnej odkryła, że zdjęcia jej córki zostały przejęte i użyte w takim właśnie kontekście. Ktoś publikował zdjęcia jej dziecka nadając mu nowe imię oraz opisywał wymyślone sytuacje i szczegóły dotyczące jego zdrowia i życia. Jenny próbowała skontaktować się z twórcą konta oraz zgłaszała je do zablokowania, ale nic to nie dało. Zdjęcia jej córki dalej krążą po Internecie bez żadnej kontroli i pozbawione pierwotnego kontekstu.
Materiały CSAM
Jeszcze dalej idą wnioski płynące z raportów organizacji zajmujących się bezpieczeństwem cyfrowym, takich jak Internet Watch Foundation czy Europol. Wskazują one, że publicznie dostępne zdjęcia dzieci publikowane przez rodziców mogą stać się materiałem wyjściowym do tworzenia i dystrybucji treści o charakterze seksualnym w zamkniętych środowiskach internetowych. W wielu analizowanych przypadkach nie dochodziło do żadnego włamania czy kradzieży danych, a materiał pochodził z legalnych, otwartych publikacji w mediach społecznościowych, które następnie były pobierane i przetwarzane poza kontrolą rodziców.
Na przykład w 2025 roku zapadł wyrok w sprawie Daniela Josepha Broadwaya, który został skazany na 78 miesięcy więzienia za posiadanie materiałów CSAM, w tym również treści wygenerowanych przy użyciu sztucznej inteligencji. W toku śledztwa ustalono, że na jego urządzeniach znajdowało się ponad 30 tysięcy obrazów i filmów wygenerowanych przez AI o charakterze CSAM. Sprawca wykorzystywał narzędzia generatywne nie tylko do tworzenia nowych obrazów, ale również do „przekształcania” istniejących zdjęć realnych osób dostępnych w Internecie w treści o charakterze seksualnym. Sąd w uzasadnieniu wyroku zwrócił uwagę, że materiały tego typu mają charakter trwały i wielokrotnie odtwarzany, a każdorazowe ich użycie oznacza ponowne naruszenie prywatności i godności ofiar.
W 2024 roku IWF odnotowała wzrost liczby zgłoszeń dotyczących materiałów generowanych przez AI aż o 380%. Był to rok, w którym nastąpiło przejście od statycznych „deepfake’ów” do pierwszych realistycznych wideo generowanych przez AI pojawiających się w dark webie.
Konsekwencje, które trudno zignorować
To, co łączy wszystkie opisane przypadki, to źródło danych, na których się opierają. Zdjęcia, nagrania i informacje publikowane w ramach codziennej aktywności rodziców przestają funkcjonować wyłącznie jako prywatne wspomnienia. Wchodzą w obieg cyfrowy, w którym mogą zostać pobrane, przetworzone i użyte w kontekstach całkowicie oderwanych od pierwotnej intencji.
Jednocześnie rozwój technologii sprawia, że do stworzenia realistycznej kopii głosu czy wizerunku wystarczy dziś kilka sekund publicznie dostępnego materiału, a narzędzia potrzebne do takich działań są łatwo dostępne i tanie. To zasadniczo zmienia charakter ryzyka, bo przestajemy mieć kontrolę nad tym, gdzie trafia nasz wizerunek oraz tym co można z nim zrobić.
Sharenting przestaje więc być jedynie praktyką dzielenia się życiem rodzinnym, a staje się elementem większego ekosystemu danych, w którym granica między tym, co osobiste, a tym, co publiczne, praktycznie się zaciera. I choć większość tych treści powstaje w dobrej wierze, a intencje publikujących są zazwyczaj niewinne, cyfrowe życie tych treści zaczyna funkcjonować samodzielnie i nie podlega już żadnej kontroli.