Nastolatek piszący wiadomości- ukryte treści i język internetu
Artykuły dla rodziców i nauczycieli

Mateusz, Andrzej, Mia - czy wiesz, z kim naprawdę spotyka się Twoje dziecko?

Wersja audio artykułu dostępna na naszym kanale Youtube: Tutaj

Na pierwszy rzut oka wygląda to całkiem niewinnie: „Widziałeś się z Mateuszem?”, „szukam Krysi”, „bez Andrzeja nie idę na imprezę”, „ostatnio znów pogodziłam się z Aną”. 


Zwykłe rozmowy nastolatków na komunikatorach, zamkniętych grupach czy w komentarzach pod postami, w niektórych przypadkach mogące nawet brzmieć dla rodziców jak biały szum. W rzeczywistości jednak to właśnie tak może wyglądać zakodowany język współczesnego Internetu. Szczególnie wtedy, gdy dotyczy tematów, o których postronni nie powinni się dowiedzieć. To szyfr, którym młodzi chronią się przed światem dorosłych.

Język Internetu

Trudno nadążyć za wszystkimi zmianami w języku, który rozwija się z prędkością światła, bez reguł i w tak hermetycznym środowisku. Rodzice, próbując zagłębić się w otchłań internetowych konwersacji, często polegają już na starcie - przytłoczeni ilością skrótów, odniesień i zapożyczeń z innych języków. Nawet coroczny plebiscyt „Młodzieżowe Słowo Roku” nie jest w stanie przybliżyć rodzicom chociażby części tych zawiłych konotacji, które wydają się bez trudu wchodzić do głowy naszym dzieciom.


W zamkniętych grupach, na Discordzie, TikToku czy Instagramie pojawiają się też całe kody komunikacyjne, które pozwalają mówić o rzeczach zakazanych bez używania wprost słów, które od razu przyciągnęłyby nieproszona uwagę. Imiona, symbole, czy emotikony nabierają nowego znaczenia. Pod płaszczykiem codziennych rozmów kryją się tematy, o których młodzi nie chcą mówić wprost. Dlatego tworzą własny język. Kod, w którym „wyjście z Andrzejem” nie zawsze oznacza spotkanie po szkole, a „Ana” to niekoniecznie po prostu koleżanka. Wielu dorosłych nawet nie domyśla się, co może ukrywać się za tą z pozoru niewinną wymianą wiadomości.

Mateusz, Krysia, Andrzej – imprezowe towarzystwo

W młodzieżowym slangu te imiona często pojawiają się w kontekście substancji psychoaktywnych. To sposób na obejście kontroli, bo zamiast nazw, które pojawiają się w mediach i natychmiastowo alarmują dorosłych, pojawiają się koledzy. Brzmią niewinnie, nie wzbudzają podejrzeń i skutecznie odwracają uwagę postronnych.

• „Mateusz” to mefedron – narkotyk, który tylko wspomniany w telewizji, paraliżuje strachem dorosłych. To substancja podobnie działająca do extasy, amfetaminy, czy kokainy, ale dumnie reprezentująca grupę tak zwanych „dopalaczy”. Często w postaci białego proszku lub kryształu.

• „Andrzej” czyli amfetamina – narkotyk o działaniu pobudzającym, tzw. stymulant. Popularny narkotyk imprezowy, bądź nawet codzienny. Raczej nietrudny do zdobycia, z racji tego, że Polska jest jednym z głównych jego producentów.

• „Krysia” lub „Krystyna” – to imię, które może odpowiadać różnym substancjom – od mefedronu, przez mdma, aż po metaamfetaminę. Cechą wspólną jest tutaj forma otrzymanego narkotyku, czyli „kryształu”. Założyć można, że określa się tak szeroką grupę syntetycznych stymulantów, której czasami sami zainteresowani nie są w stanie zidentyfikować.

• „Helena” – czyli heroina. Choć dziś rzadko pojawia się w młodzieżowym środowisku i raczej zniknęła z polskich ulic, wciąż funkcjonuje w języku. Czasem jako żart, czasem jako symbol starych czasów i brutalnego, mrocznego uzależnienia. Ten językowy kamuflaż pokazuje, jak łatwo temat narkotyków przenika do codziennych rozmów, nie budząc alarmu u dorosłych.

Ana i Mia – przyjaciółki, które nie istnieją

Nie zawsze jednak chodzi o imprezy i substancje. Czasami o kontrolę. O chude ciało. O perfekcję.

„Ana” i „Mia” to kolejne imiona, które funkcjonują w młodzieżowym slangu, tym razem jako symbole chorób z zakresu zaburzeń odżywiania. Ana to skrót do anoreksja, a Mia pochodzi od słowa bulimia.

Na pierwszy rzut oka to po prostu dziewczyny, z którymi ktoś się przyjaźni, rozmawia albo znowu się pogodził. W rzeczywistości jednak w Internecie funkcjonują społeczności pro-ana i pro-mia – zamknięte grupy, konwersacje, profile, gdzie młode osoby wspierają się w chorobie. Publikują motywujące zdjęcia, inspiracje, a także porady na to jak oszukać głód, albo jak ukrywać przed rodzicami utratę wagi.

Język tych społeczności jest z pozoru pełen czułości. Dziewczyny (chociaż nie tylko!) piszą do siebie „Ana jest ze mnie dumna”, albo „Mia mi wybaczy”, ale pod spodem kryje się destrukcyjny mechanizm. To nie przyjaźń, tylko więź z chorobą, ubrana w imię i emotikony serduszek.

Bo w tych kręgach trudno o realną pomoc. Zamiast wsparcia pojawia się wzajemne dopingowanie. Nikt nie powie „zatrzymaj się, już dość”, a zamiast tego usłyszysz „Dasz radę, jesteś silna, nie jedz jeszcze przez kilka dni”. Użytkowniczki chwalą się wynikami, wspierają w utrzymaniu restrykcji, doradzają, jak dłużej wytrzymać bez posiłku. To iluzja bliskości, która prowadzi w coraz głębszy kryzys. Społeczność przyklaskuje, kiedy choroba wygrywa.

Personifikacja choroby nie jest przypadkowa. Ana i Mia stają się kimś bliskim poprzez nazywanie ich po imieniu, nie sprowadzają się już tylko do niedostępnego kodu. Przestają być nazwami zaburzeń, a zaczynają funkcjonować jak realne osoby: przyjaciółki, mentorki, siostry. Dzięki temu choroba wydaje się mniej groźna, a przerwanie jej odczuwa się tak jak zdradę w stosunku do najbliższej osoby. To właśnie dlatego tak trudno się od niej uwolnić.

Jak chronić dzieci?

Dla rodzica to może brzmieć jak internetowy żart albo chwilowa moda. Ale warto pamiętać o jednym: w tematach takich jak narkotyki czy zaburzenia odżywiania „niewinne słowa” często są zasłoną dymną. Ten kod nie pojawia się bez powodu, a występuje tam, gdzie młodzi chcą rozmawiać o czymś ryzykownym albo zakazanym, ale nie czują, że mogą powiedzieć to wprost. Dziecko nie musi od razu robić nic złego, ale może być w środowisku, w którym takie treści krążą, są normalizowane i przestają brzmieć jak zagrożenie.

I tu pojawia się najtrudniejsza część: rodzic nie ma obowiązku znać wszystkich skrótów, imion i trendów, ale ma prawo czuć niepokój, gdy coś się nie zgadza. Dlatego jeśli w wiadomościach Twojego dziecka nagle pojawiają się „Mateusze” i „Andrzeje” lub inne słowa, których znaczenia nie rozumiesz, nie chodzi o to, żeby robić przesłuchanie. Warto spokojnie się zatrzymać i zapytać: „dlaczego ten temat w ogóle jest w jego świecie?” Czasem to tylko język grupy, a w innych przypadkach pierwszy moment, w którym można zareagować, zanim zrobi się naprawdę źle.

Dlatego zamiast śledztwa i nerwowego sprawdzania telefonu, lepsza jest inna strategia: zainteresowanie, rozmowa i obecność. Taka, które nie zaczyna się od „co ty wyprawiasz?”, tylko od: „hej, widzę, że coś się przewija w rozmowach, możesz mi powiedzieć, o co chodzi?”, „spotkałam się z tym w internecie i wolę zapytać, niż zakładać najgorsze”, „nie musisz mi mówić wszystkiego, ale chcę, żebyś wiedział/a, że jestem po twojej stronie”. Bo czasem samo to, że rodzic nie wybucha i nie straszy, jest pierwszym krokiem do tego, żeby dziecko zaczęło mówić normalnym językiem, a nie szyfrem.

Młodzi nie zawsze chcą coś ukryć z premedytacją. Czasem po prostu nie wiedzą, jak mówić o emocjach, lękach, presji. Internet daje im słowa, społeczność i przestrzeń do dzielenia się tym. Rolą dorosłych jest odzyskać rozmowę, zanim zastąpi ją cisza.

Mem czy problem?

Oczywiście, dla zorientowanych dorosłych taki język brzmi jak bezpośredni sygnał ostrzegawczy i prowadzi do myśli „Czy moje dziecko bierze narkotyki?”. Jednak nie zawsze za „spotkaniem z Andrzejem” stoi realne doświadczenie z narkotykiem.

Czasem to tylko element grupowego kodu, żart, przetestowanie granic, albo metoda na oswojenie tematu, który budzi strach i ciekawość jednocześnie. Może to po prostu być sposób, w jaki młodzi żartują z tego, co dorosłych przeraża.

Nastolatki używają języka nie tylko do ukrywania, ale też do oswajania rzeczy, które są zakazane, niebezpieczne lub po prostu fascynujące. To mechanizm, który działa od lat: nadając zagrożeniu nowe, codzienne znaczenie, odbierają mu moc. Gdy „Mateusz” staje się bohaterem memów, a „Andrzej” pojawia się w żartach, granica między zabawą a realnym zagrożeniem coraz bardziej się zaciera. Personifikacja, odbieranie narkotykom otoczki niebezpieczeństwa, to pierwszy krok, by przestały budzić lęk. A w pewnym momencie granica między żartem a rzeczywistością znika. W efekcie to, co z zewnątrz wygląda jak żart, może być pierwszym krokiem w stronę normalizacji ryzyka. Lęk zamienia się wtedy w ciekawość, a ciekawość w pierwsze eksperymenty.

Nie chodzi o to, żeby nikt nie wiedział. Chodzi o to, żeby nie każdy zrozumiał.

To nie są odosobnione przypadki. Takie szyfrowanie języka ma jedno wspólne źródło: potrzebę przynależności, prywatności i lęk przed oceną lub karą. Młodzi nie chcą rozmawiać o tych tematach z dorosłymi, dlatego przenoszą swoje rozmowy tam, gdzie czują się naprawdę bezpiecznie.

W sieci granice między żartem, sekretem a poważnym problemem łatwo się zacierają. Kod językowy pozwala im mówić o emocjach, lękach i doświadczeniach bez konieczności tłumaczenia się dorosłym. Daje im kontrolę nad tym, co pokazują światu, i nad tym, czego świat nie ma prawa zobaczyć.

Nawet jeden z bardziej popularnych skrótów używanych online, choć dziś może już nieco przestarzały, czyli KMWTW („kto ma wiedzieć, ten wie”), doskonale oddaje sposób, w jaki młodzież buduje swoje mikrospołeczności. To hasło brzmi jak motto pokolenia, które dorasta w świecie nadzoru i cyfrowych filtrów. Dla młodych ludzi Internet nie jest już narzędziem, lecz miejscem, w którym toczy się prawdziwe życie, pełne relacji, rytuałów, języków i sekretnych znaków.

Język młodzieżowy zawsze był płynny i zmienny, ale dziś ta zmienność ma dodatkowy powód. To już nie tylko moda, kreatywność, bunt i chęć odróżnienia się od starszych. To także reakcja na fakt, że Internet stał się przestrzenią, w której wszystko może zostać zapisane, zarchiwizowane, wyłapane przez algorytmy albo zgłoszone. W świecie, gdzie nawet żart potrafi zostać potraktowany jak dowód, a jedno słowo uruchamia blokadę lub kontrolę, kod językowy staje się formą samoobrony.

Tworząc te szyfry, nastolatkowie uczą się, jak omijać dorosły nadzór, nie tylko ten rodzicielski, ale też cyfrowy. To język, który ma przetrwać w świecie, gdzie wszystko jest widziane i zapisywane. Ważne jest, aby kod ten zrozumieli ludzie, których również on dotyczy, a postronni nie mieli możliwości zajrzenia do tego ukrytego świata. Chodzi o stworzenie granicy: między „nami” a „nimi”, między światem młodych a światem dorosłych. Takie słowa działają jak kod dostępu - kto rozumie, ten jest w środku, kto nie rozumie, zostaje na zewnątrz.

Właśnie dlatego te kody tak dobrze się przyjmują. Są krótkie, sprytne, łatwe do zapamiętania i nie budzą podejrzeń, a jednocześnie tworzą mikroświaty, w których młodzi mogą być sobą. Kod nie jest więc wyłącznie slangiem, ale swoistym mechanizmem budowania przynależności.

Safescope rozumie szyfry

W świecie, w którym język zmienia się szybciej niż szkolne programy, potrzeba nie tylko filtrów, ale narzędzi, które rozumieją kontekst. Dlatego większość placówek edukacyjnych korzysta już z narzędzi Safescope, które potrafią analizować treści w czasie rzeczywistym i rozpoznawać ich znaczenie, nawet to częściowo zaszyfrowane.

Safescope potrafi wychwycić nie tylko oczywiste zagrożenia, ale też te subtelne, ukryte w języku, memach, symbolach czy niewinnie wyglądających rozmowach. Bez problemu rozpoznaje czy dane treści mają charakter edukacyjny, neutralny lub są potencjalnie szkodliwe.

To technologia, która rozumie język młodych i wie, że granica między jednym a drugim Mateuszem bywa cienka.